Siedziałam na komisariacie i czekałam, aż mnie wezmą na przesłuchanie, popijałam wodę z kubeczka, a wysoka policjantka z bladą karnacją, dużymi piwnymi oczami i krótkimi blond włosami, nie spuszczała mnie nawet na krok.
Zawahałam się popatrzyłam na nią.
- Hmm, mogę do toalety?- spytałam niepewnie.
Przytaknęła, pociągnęła mnie za kurtkę i postawiła na nogi. Zmierzyłam ją. Poprowadziła mnie do toalety i otwierała drzwi, ale po chwili się zdziwiła, że nie wchodzę. Spojrzałam na kajdanki, które przytrzymywały moje dłonie na plecach.
- Trudno mi będzie załatwić te sprawy z kajdankami.
Szturchnęła mnie, obróciła i otworzyła kajdanki, mocno je ściągnęła z moich nadgarstków, syknęłam i pomasowałam sobie dłonie. Wepchnęła mnie do łazienki i zamknęła za mną drzwi. Szybko prze kluczyłam drzwi i popatrzyłam po pomieszczeniu.
Świetnie, chyba tylko przez kanalizację, mogłabym się stąd wydostać. Usiadłam na sedesie i zakryłam twarz dłońmi. Usłyszałam pukanie.
- Za chwilę wyjdę, nie gorączkuj się tak!- wrzasnęłam.
Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu. U góry zobaczyłam malutkie okno za kratami. Super.
Teraz zadzwonią do rodziców...
Przyjdzie tata, nachlany.
Wrócimy do domu.
Znowu zacznie mnie bić.
- A ja jutro i tak znowu ucieknę- dokończyłam.
Wstałam od kluczyłam drzwi i wyszłam. Policjantka pchnęła mnie na krzesło. A po chwili zawołał mnie komendant do swojego gabinetu.
Usiadłam na krześle i spojrzałam na policjanta. Uśmiechnął się... zaraz, co?
- Bez tych grzeczności, nie pierwszy raz jestem na komisariacie. Co zrobicie z tym?- spytałam, a on się zaśmiał jeszcze bardziej.
- Nie wiem co ty i twoi przyjaciele sobie wyobrażaliście, ale ty jako jedyna jesteś niepełnoletnia. Nie mam pojęcia co z tobą zrobić. Muszę zadzwonić do twoich rodziców. Jak się nazywasz?
- Lucy Cane- mruknęłam i spuściłam głowę.
Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i wysoki, kobiecy głos. Po chwili drzwi od gabinetu się otworzyły i stanęła w nich blondynka o idealnie smukłej figurze, brązowych, prawie czarnych oczach i z wymalowanymi na czerwono ustami, które teraz wykrzywiała w za bardzo szczerym uśmiechu. Jest w czerwonej do kolan sukni, czarnej marynarce i czarnych wysokich szpilkach.
Popatrzyła na komendanta i uśmiechnęła się jeszcze bardziej.
- To! To na ratuszu! Jest cudowne! Takie buntownicze. Co prawda nie jestem z Seattle i oczywiście, podejrzewałam, że sprawcy tego wykroczenia, będą na pańskim posterunku. A więc gdzie oni są?- spytała, a policjant widocznie zdezorientowany nie wiedział co odpowiedzieć.
Uśmiechnęłam się pod nosem i uniosłam lekko rękę w górę. Kobieta zwróciła w końcu na mnie uwagę. Podeszłą do mnie i zaczęła bawić się moimi włosami.
- O tak, ty też jesteś bardzo buntownicza. Pewnie nie wiesz kim ja jestem, prawda?
Czułam jak się rumienię i zaprzeczyłam kiwnięciem głowy.
- Jestem Melissa James. Malarka znana na cały świat, chociaż chyba minus jeden- powiedziała i popatrzyła na mnie.- No więc to ty narysowałaś tą wulgarną dłoń, prawda?
- Skąd pani wie?- spytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Kobieta chwyciła moją dłoń i wkręciła ją na drugą stronę. Była cała w zielonej ręce.
- Na żadnym innym graffiti nie było zielonej farby. Podobasz mi się. Masz w sobie tą nutkę charyzmy, a co najważniejsze masz wyobraźnie.
- Przepraszam! Ale ja muszę zadzwonić do jej rodziców- powiedział komendant, najwidoczniej wyrwany już z transu.
- Nie! Tylko nie to! Proszę! Wolę przesiedzieć tutaj tydzień, miesiąc czy nawet rok, tylko nie do ojca! Proszę!- błagałam. Czułam jak do oczu zaczynają napływać mi łzy.
- Dlaczego nie?
- Myśli pan, że jakbym miała normalną rodzinę, robiłabym to co teraz? Mój ojciec jest alkoholikiem, a matka ćpunką. Proszę...
- Och, jakie to smutne, kochanie. Powiedz mi jak się nazywasz?- wtrąciła się Melissa.
- Lucy.
- Ach! Piękne imię! Mam ochotę cię zabrać ze sobą!
- Niech pani mnie weźmie- powiedziałam i się zarumieniłam. Kobieta pogłaskała mnie po głowie i uśmiechnęła się.
- Ja ją zabiorę do jej rodziców- powiedziała i chwyciła moją rękę.
Wyszłyśmy z posterunku i ruszyłyśmy ku czarnemu BMW. Kobieta wyjęła kluczyki z torebki i automatem otworzyła drzwi. Wsiadłam ze strony pasażera i zapięłam pasy. Powiedziałam dokładnie gdzie mieszkam, ale na światłach Melissa zamiast pojechać prosto, skręciła w lewo. Zmarszczyłam brwi i popatrzyłam na kobietę. Zatrzymała samochód przy jednej ze stacji McDonadld's.
- Pójdziemy coś zjeść, opowiesz mi o rodzicach, a potem zadbamy o to, żebyś nigdy już nie cierpiała- powiedziała cicho i łagodnie, poczułam, że po raz pierwszy komuś na mnie zależy.
Moi przyjaciele, od razu po przesłuchaniu zwiali i nie zastanawiali się co się ze mną może stać. Obiecali, że się mną zajmą, bo mam tylko siedemnaście lat i nigdy mnie nie zostawią. Po raz kolejny się zawiodłam. Przytaknęłam i wyszłam z samochodu, delikatnie zamykając auto.
Usiadłam przy stoliku, a Melissa przyniosła dwie sałatki z kurczakiem i dwie cole. Usiadła naprzeciwko mnie i podała jedzenia. Otworzyłam sałatkę i zaczęłam powoli jeść.
- Interesujesz się sztuką, prawda?- spytała po chwili milczenia.
- Trochę- przytaknęłam.- Mam w domu parę szkiców, ale nigdy nie brałam tego na poważnie.
- Dlaczego?
- Bo uważam, że nie mam szans się wybić.
- Nigdy nie mów nigdy. Chciałabym porozmawiać o twojej rodzinie, czy naprawdę tak jest, czy kłamałaś na posterunku, żeby nie mieć konsekwencji?- zarzuciła.
Zakrztusiłam się, popiłam colą i popatrzyłam na nią niedowierzając. No tak, za szybko uwierzyłaś w bajkę Lucy.
- Nie, nie kłamałam, wolałabym mieć konsekwencję, gdybym miała normalną rodzinę, a u mojego ojca by wyglądało to tak, że wziąłby mnie z posterunku do domu, zdjął pasek i zaczął lać, póki nie zemdleję, parę razy już się tak zdarzało- zaśmiałam się sarkastycznie- mam pełno siniaków na ciele- powiedziałam.
Zsunęłam kurtkę z ramion i pokazałam, gołe w niektórych miejscach sine ramiona. Kobieta przypatrzyła im się uważniej. Popatrzyła na mnie litością.
- Od jak dawna?- ledwie wykrztusiła.
- Odkąd pamiętam.
- Masz pofarbowane włosy, prawda?- spytała.
- Tak. A w oczach mam soczewki. Na nadgarstku tatuaż z pulsem, a w szafie pełno czarnych ciuchów, jeśli chodzi pani o to czy jestem Gotką, to owszem jestem.
- Tak, to naprawdę buntownicze- stwierdzała i popatrzyła na mnie jakbym była jakimś jej wyzwaniem.- Pewnie chcesz się czegoś o mnie dowiedzieć, tak?
- Nie byłoby źle, skoro już pani mi kupiła sałatkę i wyciągnęła z syfu.
- Mieszkam w Londynie, jestem rozwódką, mąż mnie zostawił, bo nie mogłam zajść w ciążę. Mam siostrzeńca, którego kocham ponad wszystko, a praca to moja jedna z największych pasji. Lubię wyzwania i nowe doświadczenia i z chęcią chciałabym wychować zbuntowane dziecko, jesteś idealna. I coraz bardziej wizja, że zostaniesz ze mną zaczyna mi się podobać, bo będzie dość łatwa.
- No to dość sporo i ciekawe, bo nawet ja tam biorę jakiś udział- zdziwiłam się.
- Kończ sałatkę, jedziemy do prawnika, jeśli twoi rodzice, nie będą robili problemów, już jutro będziemy w samolocie. Masz paszport?
- Mam- odparłam, nieco zaciekawiona, o co może jej chodzić.
Dopiłam do końca colę i wyszłyśmy z restauracji. Usiadłam na swoim miejscu, a Melissa ruszyła z piskiem opon. Zastanawiam się, czy jakikolwiek normalny człowiek, będzie chętny do przyjęcia ludzi o tej godzinie. Długo to nie potrwało, malarka wyjęła z torebki telefon i wykręciła jakiś numer.
- Joey! Słuchaj szykuj się, znalazłam. Za dziesięć minut będę u ciebie w biurze. Nie ma nic do gadania, wszystko ci wyjaśnię jak się zobaczymy- mówiła podekscytowana.
Patrzyłam na rozświetlone ulice, widziałam ludzi śpieszących się do domów, grupki ludzi śmiejących się z jakiś głupstw. A dokładnie po dziesięciu minutach, Melissa stanęła przed jakimś eleganckim biurem. To pewnie ta jedna z bogatszych dzielnic w Seattle. Otworzyłam drzwi i wyszłam na chodnik. W drzwiach firmy czy jak to nazwać stał postawny, przystojny mężczyzna. Przywitał się z Melissą czułym uściskiem i wymianą miłych uśmiechów.
- No, mogę ci powiedzieć, że naprawdę ci się udało. Wyglądasz mała, na mocno agresywną- stwierdził.
- To tylko złudzenie, jestem łagodna jak baranek.
- Jest taka jaką chciałam, tylko mamy problem Joey- powiedziała smutno.
- Jaki?- spytał i popatrzył na mnie ciekawsko Joey.
- Jej rodzice.
- Rany Mel, mówiłem ci szukaj sierot- powiedział zażenowany.
Popatrzyłam na nich i odchrząknęłam.
- Przepraszam, ale zdaje mi się, czy mówią państwo o mnie jak o rzeczy materialistycznej?- prychnęłam.
- Nie kochana, ja po prostu potrzebuję takiej dziewczynki jak ty, żeby spełnić swoje i twoje marzenia- powiedziała ze skruchą kobieta.
- Do czego jestem pani potrzebna?- spytałam.
Zaczynam się bać, a co jeśli chce mnie wykorzystać do jakiś eksperymentów?
- Mówiłam ci już. Zawsze marzyłam, aby wychować trudne dziecko i żeby stało się duszą artystyczną.
- Ale... ale, jak wychować, przepraszam, a co z rodzicami?
- Tym ja się załatwię. Z Melissą, będziesz miała lepiej mała- wtrącił się mężczyzna.
Weszliśmy do środka, a kobieta zaczęła wszystko opowiadać prawnikowi. Mężczyzna co jakiś czas spoglądał na mnie jakby z litością. Przewróciłam oczami, kiedy doszło do końca i zaczęli mówić o... adopcji.
______________________________________
Tak i o to jest rozdział drugi :D Wiem, że dosyć krótki i mało się w nim dzieje, ale w następnych powinno być już lepiej :)
Jeśli przeczytałeś, skomentuj, to dla was chwila, a dla mnie naprawdę wielka motywacja *.*
~Evil Queen
wtorek, 1 lipca 2014
niedziela, 29 czerwca 2014
Rozdział 1.
Otworzyłam drzwi małej kafejki po drugiej stronie mojego domu.
- Cześć Bill - przywitałam się ze sprzedawcą. Na mój widok, jego poharatane usta wykrzywiły się w uśmiech, ukazując przy tym pożółkłe zęby, które kontrastowały z jego brudną i gęstą brodą.
- Witaj Lucy - zaśmiał się.- Co dla Ciebie? Czekaj, nie mów. To co zwykle? - wytrzeszczył swoje zielone oczy niczym szczeniak.
- Tak, dwie czekolady na gorąco i dwa bajgle z truskawkami - uśmiechnęłam się.
Mężczyzna zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni, usłyszałam trzaski, tuczące się szkło i rechot kobiety, żony Bill'a - Jennifer. Przysiadłam na stołku i zaczęłam obserwować, jak ruch na ulicach zaczyna się powoli powiększać.
- Zmówienie dla Lucy, raz!- usłyszałam głos Jen zza pleców. Odwróciłam się i odebrałam swoje zamówienie, wręczyłam kobiecie 5 dolarów i poszłam dalej opuszczonymi alejkami miasta.
Weszłam pomiędzy budynki starego komisariatu i super marketu, oba już nie działały, przeniosły się w bardziej obszerne rejony. I dobrze, ze starego sklepu zrobiliśmy sobie nasze mały kącik. Sto metrów ode mnie widziałam na ławce siedzącego chłopaka, rozwalił się cały i patrzył się w niebo. Stąd widziałam wszystkie jego idealne rysy twarzy, mały zaokrąglony nos, przymknięte oczy, a pod powiekami kryły się oczy o kolorze cudownego błękitu i lekko rozchylone usta.
Uśmiechnęłam się i przysiadłam koło niego wtuliłam się w jego tors, a pod nos podłożyłam mu paczkę z bajglami. Otworzył tak szybko oczy, że każdy kto by go widział i nie siedział mógłby upaść, z przerażenia. Wyrwał mi z ręki ciastka i parząc sobie pewnie przy tym dłonie wyjął jedno i zaczął jeść.
Zrobiłam kilka łyków swojej czekolady i popatrzyłam na przyjaciela, który wyciągał dłoń z bajglem w moją stronę. Chwyciłam go i ugryzłam.
- Co tak wcześnie, zombie księżniczko?- spytał z uśmiechem, za co oberwał kuksańca w żebra.
- Nie spałam, nie opłacało mi się, jak wróciliśmy o czwartej- mruknęłam.- A ty co?
- A ja poszedłem do chaty, ogarnąłem się i wróciłem tutaj.
- Na to nie wpadłam- szepnęłam, a on wytknął język w moją stronę.
- Wiadomo, tylko mój geniusz mógł wymyślić coś takiego- pajac zaczął się nabijać.
- No jasne, geniuszku - prychnęłam.
Chłopak zaczął gilgać mnie, nie cierpiał kiedy się z niego nabijałam. Mój śmiech zaczął się roznosić po całej okolicy, nagle niedaleko nas usłyszeliśmy syreny, Matt zakrył mi usta dłonią i zaczął się wsłuchiwać.
Czerwono - niebieskie światła mignęły przed nami i nagle ustały. Podnieśliśmy się i zaczęliśmy biec alejkami w stronę dolnej części dzielnicy.
- Jak myślisz, szukają nas po wczoraj?- krzyknęłam do bruneta.
- Nie wiem! Możliwe, wczoraj trochę przeskrobaliśmy!- wrzasnął i mocniej pociągnął mnie w stronę Everett.
- Wiesz Yale, powiedziała mi, że jak jakaś babka to zobaczyła to, okazało się, że wśród klientów był tam jej mąż. Jak myślisz jak to się mogło dla niego skończyć?- spytałam z uśmiechem.
- Katastrofą - wysapał Matt.- Wiesz Ross ma dla nas kolejne zlecenie - powiedział i spojrzał mi w oczy. Wie, że nie lubię żadnych paktów z Rosiner'em. Na wczoraj się zgodziłam, bo wydawało mi się śmieszne i tyle. Ale znam Ross'a i wiem do czego jest zdolny.
- Dobrze wiesz, że nie chce się mieszać w żadne pakty z Ross'em, w końcu się to dla nas źle skończy- powiedziałam.
- Ale tym razem, to co tak bardzo lubisz- mruknął mi do ucha.
Zadrżałam i spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnęłam się do niego i zagryzłam dolną wargę.
- Tak? A co?- spytałam, a on pełen energii, zeskoczył z ławki. Sapnęłam i popatrzyłam za nim.
Szedł w stronę jakiegoś kantorka. Zmarszczyłam brwi i pobiegłam za nim. Budynek był, mały, ale spokojnie, zmieścili się w nim pięciu moich przyjaciół i dwa wielkie kartony z farbami w spreju.
Jerry, Caroline, Tom, Yale i Patrik wyszli z wrzaskiem i zaczęli pryskać czerwoną farbą po ścianach budynku. Po chwili był już cały czerwony, a Partik i Matt zabrali pudła z farbami i ruszyliśmy w stronę dopiero co nowego ratusza. Stanęłam wryta i popatrzyłam na przyjaciół.
Tom się zaśmiał i objął mnie w tali.
- Nie bój się mała, skończymy, a wieczorem odbędzie się balanga u Ross'a, zabawimy się- mruknął i zsunął dłonie na mój tyłek.
Trzepnęłam go i poszłam szybko w stronę Matt'a.
- Chyba sobie kpisz! Nie możemy... to, to, och zamkną nas za to! Rozumiesz? Matt, do cholery, nie chce wylądować w poprawczaku. Za bardzo ryzykujemy.
Mój przyjaciel, stanął, wyprostował się, tak, że teraz można zobaczyć, że jest ode mnie wyższy o te dwadzieścia centymetrów i spojrzał na mnie.
- Słuchaj, nie rozumiem co się z tobą ostatnio dzieje. Gdzie jest ta dziewczyna co kochała ryzyko, zawsze szła na przedzie i nie bała się konsekwencji? Gdzie ta szalona gotka, która jarała się wszystkimi tymi bzdurami? Gdzie są twoje te zajafki?
- Nadal nią jestem, ale odzyskałam trochę rozsądku...
- Jakiego rozsądku? Jesteś młoda, masz jeszcze całe życie na zdrowy rozsądek!- krzyknął i złapał mnie za ramiona.- Idziesz z nami, czy będziesz się cykać w domku, przy ojcu pijaku i matce ćpunce?
Poczułam jak do oczu napływają mi łzy, przymknęłam powieki i lekko skinęłam głową. Usłyszałam jak tylko jego westchnięcie, a potem poczułam jak mnie przytula.
Wtuliłam się w niego, a kiedy wiedziałam, że łzy już nie popłyną, oderwałam się od niego i uśmiechnęłam się od ucha, do ucha i chwyciłam jedną farbę w spreju.
- To co idziemy?
Chłopak się zaśmiali i chwycił mnie za rękę. Ruszyliśmy za resztą przyjaciół. Park był długi, a do ratusza była mniej, więcej godzina drogi na piechotę. Wiedziałam, że nie mamy wyboru, chyba, że Roisner dałby nam samochód. Albo cokolwiek...
Podbiegł do nas jakiś pies, pobiegał wokół mnie i Matta i powędrował do Jerry'ego. Powąchał jego kieszeń i trącił ją nosem. Po chwili wysunęła się z niej mała paczuszka z białym proszkiem. Chłopakowi z ust wypłynął potok przekleństw, szybko chwycił paczkę i schował ją z powrotem do kieszeni, zaśmiałam się i ruszyłam dalej.
Kiedy znaleźliśmy się przy bramie, zobaczyłam dużego, srebrnego busa. Chłopaki zawyli z radości, a dziewczyny przewróciły oczami. Kierowca, podał mi kluczyki, uśmiechnęłam się i wzięłam od niego klucze.
- Pan Roisner, powiedział, że ty masz kierować i nikt inny, jasne?- warknął.
Przełknęłam ślinę, popatrzyłam na niego rozszerzonymi oczami i przytaknęłam. Wsiadłam za kółko, przekręciłam klucze w stacyjce, przerzuciłam bieg i czekałam, aż wszyscy władują się do wozu. Usłyszałam ostatnie szarpnięcie drzwi, obok mnie siedziała Yale i przygotowywała sprzęt do nagrywania. Spojrzałam do tyłu, wszyscy siedzieli i unieśli kciuki w górę na znak, że jesteśmy gotowi.
Chwyciłam kierownicę i wdepnęłam pedał gazu. Ruszyliśmy z piskiem opon, zaczęłam się śmiać, a kiedy zobaczyłam minę kierowcy, wszyscy pokazaliśmy mu z poważaniem środkowy palec.
Jakby to wytłumaczyć, do burmistrza było około 20 kilometrów, zwłaszcza tą drogą co wybrałam. Mam już prawo jazdy od roku, no bo w Seattle, jest tak, że można zrobić prawko już w wieku szesnastu lat, zresztą tak mniej więcej jest w całych stanach. No więc jak tak wszyscy śmigaliśmy przez autostradę to okazało się, że Ross, chce, żeby na ścianach ratuszu były wymalowane jak największe obelgi w stronę zarządu miasta.
Przełknęłam ślinę i uśmiechnęłam się do kamery, którą właśnie Yale skierowała na mnie. Oderwałam rękę od sprzęgła i zakryłam wizjer jej aparatu, mówiąc bezgłośne "przestań", ale na moich ustach nadal widniał uśmiech. Przerzuciłam bieg i ostro skręciłam w prawo. Nie ma ruchu. I dobrze, w sumie już powoli zaczyna zmierzchać. Lampy samochodu zaczęły być widoczne na jezdni, powoli skręcałam w ulicę gdzie znajdował się ratusz. Zaparkowałam, niedaleko budynku, zgasiłam silnik.
Tom podał mi maskę karnawałową i się zaśmiał.
- Dobra, Caroline, wiesz co robić?- spytał się, a dziewczyna przytaknęła głową.
Plan polegał na tym, że Car miała iść to budynku, cała zrozpaczona, krzycząc, że jakieś dwie lub trzy przecznice dalej, dwójka zbirów bije dziewczynę i próbują ją zgwałcić, wiadomo, że ochroniarze tam polecą, więc nam zostanie mniej, więcej dwadzieścia pięć minut na jak największe graffiti.
Dziewczyna wysiadła z samochodu i pobiegła do drzwi, założyłam maskę na twarz. Po chwili z budynku wybiegło około pięciu, postawnych mężczyzn. Podjechałam bliżej i wyszłam z samochodu. Chłopacy otworzyli tylne drzwi i przygotowali te wielkie dwa kartony z farbami.
Chwyciłam trzy farby w spreju. Czarną, jasno różową i zieloną. Pobiegłam do budynku i już zaczęłam malować obwód dłoni z wystawionym środkowym palcem. Wypsikałam go różową farbą.
- Matt! Rzuć mi niebieską!- krzyknęłam.
Chłopak podał mi farbę, którą pomalowałam paznokcie środkowego palca i kciuka. Zieloną farbą zrobiłam dookoła dłoni, a pod spodem, napisałam "Fuck you, bitches!". Zaczęłam się śmiać. Po chwili został uruchomiony alarm, nie wiele później, usłyszeliśmy syreny wozów policyjnych. Yale, wbiegła już do samochodu, nagrywając wszystkie graffiti na głównym budynku miasta.
Kopnęłam farby i pobiegłam do wozu. Wsiadłam od strony kierowcy i przekręciłam kluczyki w stacyjce. Zasunęły się ostatnie drzwi.
- Wszyscy są?!- spytałam.
- Tak, dalej jazda!- wrzasnął Jerry.
Ruszyłam z piskiem opon przed siebie, mijając przy tym ochroniarzy biegnących z powrotem do ratusza. Zaczęliśmy się śmiać, a za nami błysnęły czerwono-niebieskie światła policji.
Zmieniłam bieg i wdusiłam mocniej pedał gazu. Przekręciłam gwałtowniej kierownicą, kiedy skręcaliśmy w mniej znaną dzielnicę. W końcu na prędkościomierzu było już podane sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Przejechałam przez czerwone, a Matt zaczął wrzeszczeć, że mamy jechać do domu Roisnera, kiedy prawie minęłam durny zakręt. Westchnęłam, znowu przerzuciłam bieg i zatoczyliśmy kółeczko skręcając w odpowiednią alejkę. Niby zgubiliśmy gliny, ale nadal nie zwalniałam, coś mi tu nie pasowało. Po chwili, przed nami wyjechał wóz policyjny i zastawił nam drogę. Wrzasnęłam i skręciłam w prawo. Wjeżdżając w zupełnie nie znaną mi część miasta. Jechałam i coraz bardziej napierałam na pedał gazu. Skręcałam w coraz bardziej nie znane tereny mi miasta i wiedziałam, że jeżeli dalej tak będzie to niedługo zabłądzimy. O ile to już się nie stało.
- Skręć w lewo, wyjedziesz na rondzie na głównej!- wrzasnął Partik.
Skręciłam, przez chwilę miałam wątpliwości, czy czasem czegoś nie pomylił. Usłyszałam znany mi miejski gwar. Na rondzie, wjechałam w trzecią alejkę i pomknęłam ku staremu posterunkowi i marketowi. Kiedy zaparkowałam, wszyscy odetchnęli z ulgą. Wyszłam z samochodu, czułam jak moje kolana przypominają galaretę. Zdjęłam maskę. Wszyscy zaczęli się śmiać, że nam się udało, już się rozkładali na kanapach.
Caroline z jej pofarbowanymi na różowo włosami i strojem ku anime, przytuliła się do Matta. Zaśmiałam się i podeszłam do nich, kiedy z ukryć wyszli policjanci.
______________________________________
Jest i rozdział PIERWSZY! Podoba się? :) To zostaw po sobie komentarz <3
To dla was chwila, a dla mnie naprawdę wielka motywacja *.*
Do następnego ^.^
~Evil Queen
- Cześć Bill - przywitałam się ze sprzedawcą. Na mój widok, jego poharatane usta wykrzywiły się w uśmiech, ukazując przy tym pożółkłe zęby, które kontrastowały z jego brudną i gęstą brodą.
- Witaj Lucy - zaśmiał się.- Co dla Ciebie? Czekaj, nie mów. To co zwykle? - wytrzeszczył swoje zielone oczy niczym szczeniak.
- Tak, dwie czekolady na gorąco i dwa bajgle z truskawkami - uśmiechnęłam się.
Mężczyzna zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni, usłyszałam trzaski, tuczące się szkło i rechot kobiety, żony Bill'a - Jennifer. Przysiadłam na stołku i zaczęłam obserwować, jak ruch na ulicach zaczyna się powoli powiększać.
- Zmówienie dla Lucy, raz!- usłyszałam głos Jen zza pleców. Odwróciłam się i odebrałam swoje zamówienie, wręczyłam kobiecie 5 dolarów i poszłam dalej opuszczonymi alejkami miasta.
Weszłam pomiędzy budynki starego komisariatu i super marketu, oba już nie działały, przeniosły się w bardziej obszerne rejony. I dobrze, ze starego sklepu zrobiliśmy sobie nasze mały kącik. Sto metrów ode mnie widziałam na ławce siedzącego chłopaka, rozwalił się cały i patrzył się w niebo. Stąd widziałam wszystkie jego idealne rysy twarzy, mały zaokrąglony nos, przymknięte oczy, a pod powiekami kryły się oczy o kolorze cudownego błękitu i lekko rozchylone usta.
Uśmiechnęłam się i przysiadłam koło niego wtuliłam się w jego tors, a pod nos podłożyłam mu paczkę z bajglami. Otworzył tak szybko oczy, że każdy kto by go widział i nie siedział mógłby upaść, z przerażenia. Wyrwał mi z ręki ciastka i parząc sobie pewnie przy tym dłonie wyjął jedno i zaczął jeść.
Zrobiłam kilka łyków swojej czekolady i popatrzyłam na przyjaciela, który wyciągał dłoń z bajglem w moją stronę. Chwyciłam go i ugryzłam.
- Co tak wcześnie, zombie księżniczko?- spytał z uśmiechem, za co oberwał kuksańca w żebra.
- Nie spałam, nie opłacało mi się, jak wróciliśmy o czwartej- mruknęłam.- A ty co?
- A ja poszedłem do chaty, ogarnąłem się i wróciłem tutaj.
- Na to nie wpadłam- szepnęłam, a on wytknął język w moją stronę.
- Wiadomo, tylko mój geniusz mógł wymyślić coś takiego- pajac zaczął się nabijać.
- No jasne, geniuszku - prychnęłam.
Chłopak zaczął gilgać mnie, nie cierpiał kiedy się z niego nabijałam. Mój śmiech zaczął się roznosić po całej okolicy, nagle niedaleko nas usłyszeliśmy syreny, Matt zakrył mi usta dłonią i zaczął się wsłuchiwać.
Czerwono - niebieskie światła mignęły przed nami i nagle ustały. Podnieśliśmy się i zaczęliśmy biec alejkami w stronę dolnej części dzielnicy.
- Jak myślisz, szukają nas po wczoraj?- krzyknęłam do bruneta.
- Nie wiem! Możliwe, wczoraj trochę przeskrobaliśmy!- wrzasnął i mocniej pociągnął mnie w stronę Everett.
***
Przysiedliśmy na ławce w parku dla psów i zaczęliśmy łapać oddech. Wczoraj była impreza w Anburn, miejski klub, lub lepiej znany mieszkańcom pod nazwą burdelu. Razem z Matt'em i ekipą wpadliśmy tam z kolumnami Patrika i według Yale urządziliśmy małego Flash Moba, który teraz jest pokazywany w internecie pod tytuł "SEX MOB". Jak to inaczej ująć? Niektórzy klienci, po prostu nie chcieli tracić kasy na marne i to za co zapłacili robili dalej przy ostrym rocku i bandzie dwudziestolatków tańczących po całym budynku i wygłupiających się do kamer. A to co zostało zarejestrowane, nie zostało ani trochę przerobione, nic nie zostało zakryte. Jak było na kamerze, teraz jest w serwisie "YouTube".- Wiesz Yale, powiedziała mi, że jak jakaś babka to zobaczyła to, okazało się, że wśród klientów był tam jej mąż. Jak myślisz jak to się mogło dla niego skończyć?- spytałam z uśmiechem.
- Katastrofą - wysapał Matt.- Wiesz Ross ma dla nas kolejne zlecenie - powiedział i spojrzał mi w oczy. Wie, że nie lubię żadnych paktów z Rosiner'em. Na wczoraj się zgodziłam, bo wydawało mi się śmieszne i tyle. Ale znam Ross'a i wiem do czego jest zdolny.
- Dobrze wiesz, że nie chce się mieszać w żadne pakty z Ross'em, w końcu się to dla nas źle skończy- powiedziałam.
- Ale tym razem, to co tak bardzo lubisz- mruknął mi do ucha.
Zadrżałam i spojrzałam mu w oczy. Uśmiechnęłam się do niego i zagryzłam dolną wargę.
- Tak? A co?- spytałam, a on pełen energii, zeskoczył z ławki. Sapnęłam i popatrzyłam za nim.
Szedł w stronę jakiegoś kantorka. Zmarszczyłam brwi i pobiegłam za nim. Budynek był, mały, ale spokojnie, zmieścili się w nim pięciu moich przyjaciół i dwa wielkie kartony z farbami w spreju.
Jerry, Caroline, Tom, Yale i Patrik wyszli z wrzaskiem i zaczęli pryskać czerwoną farbą po ścianach budynku. Po chwili był już cały czerwony, a Partik i Matt zabrali pudła z farbami i ruszyliśmy w stronę dopiero co nowego ratusza. Stanęłam wryta i popatrzyłam na przyjaciół.
Tom się zaśmiał i objął mnie w tali.
- Nie bój się mała, skończymy, a wieczorem odbędzie się balanga u Ross'a, zabawimy się- mruknął i zsunął dłonie na mój tyłek.
Trzepnęłam go i poszłam szybko w stronę Matt'a.
- Chyba sobie kpisz! Nie możemy... to, to, och zamkną nas za to! Rozumiesz? Matt, do cholery, nie chce wylądować w poprawczaku. Za bardzo ryzykujemy.
Mój przyjaciel, stanął, wyprostował się, tak, że teraz można zobaczyć, że jest ode mnie wyższy o te dwadzieścia centymetrów i spojrzał na mnie.
- Słuchaj, nie rozumiem co się z tobą ostatnio dzieje. Gdzie jest ta dziewczyna co kochała ryzyko, zawsze szła na przedzie i nie bała się konsekwencji? Gdzie ta szalona gotka, która jarała się wszystkimi tymi bzdurami? Gdzie są twoje te zajafki?
- Nadal nią jestem, ale odzyskałam trochę rozsądku...
- Jakiego rozsądku? Jesteś młoda, masz jeszcze całe życie na zdrowy rozsądek!- krzyknął i złapał mnie za ramiona.- Idziesz z nami, czy będziesz się cykać w domku, przy ojcu pijaku i matce ćpunce?
Poczułam jak do oczu napływają mi łzy, przymknęłam powieki i lekko skinęłam głową. Usłyszałam jak tylko jego westchnięcie, a potem poczułam jak mnie przytula.
Wtuliłam się w niego, a kiedy wiedziałam, że łzy już nie popłyną, oderwałam się od niego i uśmiechnęłam się od ucha, do ucha i chwyciłam jedną farbę w spreju.
- To co idziemy?
Chłopak się zaśmiali i chwycił mnie za rękę. Ruszyliśmy za resztą przyjaciół. Park był długi, a do ratusza była mniej, więcej godzina drogi na piechotę. Wiedziałam, że nie mamy wyboru, chyba, że Roisner dałby nam samochód. Albo cokolwiek...
Podbiegł do nas jakiś pies, pobiegał wokół mnie i Matta i powędrował do Jerry'ego. Powąchał jego kieszeń i trącił ją nosem. Po chwili wysunęła się z niej mała paczuszka z białym proszkiem. Chłopakowi z ust wypłynął potok przekleństw, szybko chwycił paczkę i schował ją z powrotem do kieszeni, zaśmiałam się i ruszyłam dalej.
Kiedy znaleźliśmy się przy bramie, zobaczyłam dużego, srebrnego busa. Chłopaki zawyli z radości, a dziewczyny przewróciły oczami. Kierowca, podał mi kluczyki, uśmiechnęłam się i wzięłam od niego klucze.
- Pan Roisner, powiedział, że ty masz kierować i nikt inny, jasne?- warknął.
Przełknęłam ślinę, popatrzyłam na niego rozszerzonymi oczami i przytaknęłam. Wsiadłam za kółko, przekręciłam klucze w stacyjce, przerzuciłam bieg i czekałam, aż wszyscy władują się do wozu. Usłyszałam ostatnie szarpnięcie drzwi, obok mnie siedziała Yale i przygotowywała sprzęt do nagrywania. Spojrzałam do tyłu, wszyscy siedzieli i unieśli kciuki w górę na znak, że jesteśmy gotowi.
Chwyciłam kierownicę i wdepnęłam pedał gazu. Ruszyliśmy z piskiem opon, zaczęłam się śmiać, a kiedy zobaczyłam minę kierowcy, wszyscy pokazaliśmy mu z poważaniem środkowy palec.
Jakby to wytłumaczyć, do burmistrza było około 20 kilometrów, zwłaszcza tą drogą co wybrałam. Mam już prawo jazdy od roku, no bo w Seattle, jest tak, że można zrobić prawko już w wieku szesnastu lat, zresztą tak mniej więcej jest w całych stanach. No więc jak tak wszyscy śmigaliśmy przez autostradę to okazało się, że Ross, chce, żeby na ścianach ratuszu były wymalowane jak największe obelgi w stronę zarządu miasta.
Przełknęłam ślinę i uśmiechnęłam się do kamery, którą właśnie Yale skierowała na mnie. Oderwałam rękę od sprzęgła i zakryłam wizjer jej aparatu, mówiąc bezgłośne "przestań", ale na moich ustach nadal widniał uśmiech. Przerzuciłam bieg i ostro skręciłam w prawo. Nie ma ruchu. I dobrze, w sumie już powoli zaczyna zmierzchać. Lampy samochodu zaczęły być widoczne na jezdni, powoli skręcałam w ulicę gdzie znajdował się ratusz. Zaparkowałam, niedaleko budynku, zgasiłam silnik.
Tom podał mi maskę karnawałową i się zaśmiał.
- Dobra, Caroline, wiesz co robić?- spytał się, a dziewczyna przytaknęła głową.
Plan polegał na tym, że Car miała iść to budynku, cała zrozpaczona, krzycząc, że jakieś dwie lub trzy przecznice dalej, dwójka zbirów bije dziewczynę i próbują ją zgwałcić, wiadomo, że ochroniarze tam polecą, więc nam zostanie mniej, więcej dwadzieścia pięć minut na jak największe graffiti.
Dziewczyna wysiadła z samochodu i pobiegła do drzwi, założyłam maskę na twarz. Po chwili z budynku wybiegło około pięciu, postawnych mężczyzn. Podjechałam bliżej i wyszłam z samochodu. Chłopacy otworzyli tylne drzwi i przygotowali te wielkie dwa kartony z farbami.
Chwyciłam trzy farby w spreju. Czarną, jasno różową i zieloną. Pobiegłam do budynku i już zaczęłam malować obwód dłoni z wystawionym środkowym palcem. Wypsikałam go różową farbą.
- Matt! Rzuć mi niebieską!- krzyknęłam.
Chłopak podał mi farbę, którą pomalowałam paznokcie środkowego palca i kciuka. Zieloną farbą zrobiłam dookoła dłoni, a pod spodem, napisałam "Fuck you, bitches!". Zaczęłam się śmiać. Po chwili został uruchomiony alarm, nie wiele później, usłyszeliśmy syreny wozów policyjnych. Yale, wbiegła już do samochodu, nagrywając wszystkie graffiti na głównym budynku miasta.
Kopnęłam farby i pobiegłam do wozu. Wsiadłam od strony kierowcy i przekręciłam kluczyki w stacyjce. Zasunęły się ostatnie drzwi.
- Wszyscy są?!- spytałam.
- Tak, dalej jazda!- wrzasnął Jerry.
Ruszyłam z piskiem opon przed siebie, mijając przy tym ochroniarzy biegnących z powrotem do ratusza. Zaczęliśmy się śmiać, a za nami błysnęły czerwono-niebieskie światła policji.
Zmieniłam bieg i wdusiłam mocniej pedał gazu. Przekręciłam gwałtowniej kierownicą, kiedy skręcaliśmy w mniej znaną dzielnicę. W końcu na prędkościomierzu było już podane sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Przejechałam przez czerwone, a Matt zaczął wrzeszczeć, że mamy jechać do domu Roisnera, kiedy prawie minęłam durny zakręt. Westchnęłam, znowu przerzuciłam bieg i zatoczyliśmy kółeczko skręcając w odpowiednią alejkę. Niby zgubiliśmy gliny, ale nadal nie zwalniałam, coś mi tu nie pasowało. Po chwili, przed nami wyjechał wóz policyjny i zastawił nam drogę. Wrzasnęłam i skręciłam w prawo. Wjeżdżając w zupełnie nie znaną mi część miasta. Jechałam i coraz bardziej napierałam na pedał gazu. Skręcałam w coraz bardziej nie znane tereny mi miasta i wiedziałam, że jeżeli dalej tak będzie to niedługo zabłądzimy. O ile to już się nie stało.
- Skręć w lewo, wyjedziesz na rondzie na głównej!- wrzasnął Partik.
Skręciłam, przez chwilę miałam wątpliwości, czy czasem czegoś nie pomylił. Usłyszałam znany mi miejski gwar. Na rondzie, wjechałam w trzecią alejkę i pomknęłam ku staremu posterunkowi i marketowi. Kiedy zaparkowałam, wszyscy odetchnęli z ulgą. Wyszłam z samochodu, czułam jak moje kolana przypominają galaretę. Zdjęłam maskę. Wszyscy zaczęli się śmiać, że nam się udało, już się rozkładali na kanapach.
Caroline z jej pofarbowanymi na różowo włosami i strojem ku anime, przytuliła się do Matta. Zaśmiałam się i podeszłam do nich, kiedy z ukryć wyszli policjanci.
______________________________________
Jest i rozdział PIERWSZY! Podoba się? :) To zostaw po sobie komentarz <3
To dla was chwila, a dla mnie naprawdę wielka motywacja *.*
Do następnego ^.^
~Evil Queen
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Prolog.
Ogień i lód
Jedni mówią, że świat zniszczy ogień.
Inni, że lód.
Iż poznałam pożądania srogie,
Jestem z tymi, co mówią: ogień.
Gdyby świat zaś dwakroć ginąć mógł,
Myślę, że wiem o nienawiści
Dość, by rzec: równie dobry lód
Jest, by niszczyć,
I jest go w bród.
Kończyłam koronę królewny, która trzymała za rękę swojego księcia. Uśmiechnęłam się. Kolejne i żyli długo i szczęśliwie. Popatrzyłam na wschodzące słońce, było tak piękne.
Widziałeś kiedyś, prawdziwy wschód słońca? Widziałeś z góry, jak słońce wyłania się z ziemi? Widziałam je codziennie, kiedy w domu panowała cisza. Kompletna, smutna cisza. To takie przygnębiające, żyć ze świadomością, że żyjesz. Żyjesz w świecie gdzie dla nikogo nic nie znaczysz. Nie liczą się twoje uczucia, marzenia, czy umiejętności.
Zaznałeś kiedyś spokoju? Prawdziwego spokoju? Leżąc bezwładnie na drodze. Czułeś, że odchodzisz, ale i tak co chwilę, coś uciskało cię w klatce. Błagałam, żeby przestali. Śmierć była taka spokojna, ciepła. To życie jest trudne.
Wiesz jak to jest, kiedy ludzie których ty kochasz, staczają się na dno? Wiesz jak to jest nie zaznać nigdy prawdziwej miłości? Myślisz, że dałbyś radę w świecie pełnym brudu, gdzie musisz liczyć tylko na siebie? Chcesz się przekonać co tak naprawdę znaczy spełnienie marzeń?
Bo wiesz, dla mnie spełnieniem marzeń, każdego wieczoru jest to, żeby przeżyć do rana. Żeby nie dać się przeciwnością losu. Żeby walczyć o swoje. Moje marzenie to żyć. Starać się codziennie o lepsze jutro, które i tak nigdy nie nastąpi. A co dla ciebie znaczy spełnienie marzeń?
Zostań ze mną, przekonamy się razem...
____________________________________________
Tamtaradam :D Jest i o to prolog mojego bloga.
Podoba się wam?
Jeśli przeczytałeś, skomentuj, to dla was chwila, a dla mnie to znaczy naprawdę wiele :)
~Evil Queen.
Jedni mówią, że świat zniszczy ogień.
Inni, że lód.
Iż poznałam pożądania srogie,
Jestem z tymi, co mówią: ogień.
Gdyby świat zaś dwakroć ginąć mógł,
Myślę, że wiem o nienawiści
Dość, by rzec: równie dobry lód
Jest, by niszczyć,
I jest go w bród.
Kończyłam koronę królewny, która trzymała za rękę swojego księcia. Uśmiechnęłam się. Kolejne i żyli długo i szczęśliwie. Popatrzyłam na wschodzące słońce, było tak piękne.
Widziałeś kiedyś, prawdziwy wschód słońca? Widziałeś z góry, jak słońce wyłania się z ziemi? Widziałam je codziennie, kiedy w domu panowała cisza. Kompletna, smutna cisza. To takie przygnębiające, żyć ze świadomością, że żyjesz. Żyjesz w świecie gdzie dla nikogo nic nie znaczysz. Nie liczą się twoje uczucia, marzenia, czy umiejętności.
Zaznałeś kiedyś spokoju? Prawdziwego spokoju? Leżąc bezwładnie na drodze. Czułeś, że odchodzisz, ale i tak co chwilę, coś uciskało cię w klatce. Błagałam, żeby przestali. Śmierć była taka spokojna, ciepła. To życie jest trudne.
Wiesz jak to jest, kiedy ludzie których ty kochasz, staczają się na dno? Wiesz jak to jest nie zaznać nigdy prawdziwej miłości? Myślisz, że dałbyś radę w świecie pełnym brudu, gdzie musisz liczyć tylko na siebie? Chcesz się przekonać co tak naprawdę znaczy spełnienie marzeń?
Bo wiesz, dla mnie spełnieniem marzeń, każdego wieczoru jest to, żeby przeżyć do rana. Żeby nie dać się przeciwnością losu. Żeby walczyć o swoje. Moje marzenie to żyć. Starać się codziennie o lepsze jutro, które i tak nigdy nie nastąpi. A co dla ciebie znaczy spełnienie marzeń?
Zostań ze mną, przekonamy się razem...
____________________________________________
Tamtaradam :D Jest i o to prolog mojego bloga.
Podoba się wam?
Jeśli przeczytałeś, skomentuj, to dla was chwila, a dla mnie to znaczy naprawdę wiele :)
~Evil Queen.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

.gif)
